Skip to content Skip to footer

Katastrofizacja: gdy umysł robi z ryzyka katastrofę

Zniekształcenia poznawcze to typowe „skróty” w myśleniu. Powstają szybko, automatycznie i często mają dobrą intencję: pomóc nam poradzić sobie z niepewnością, zagrożeniem, napięciem. Problem w tym, że te skróty bywają kosztowne. Potrafią podkręcać emocje, zawężać perspektywę i pchać nas w decyzje, które wcale nam nie służą.
W pracy mentoringowej i superwizyjnej widzę jedno zniekształcenie szczególnie często – zarówno w sprawach zawodowych, jak i prywatnych. To katastrofizacja właśnie.

Czym jest katastrofizacja?

Katastrofizacja to sposób interpretowania sytuacji, w którym umysł:

  1. wybiera najgorszy możliwy scenariusz,
  2. traktuje go jak najbardziej prawdopodobny,
  3. a czasem dopisuje jeszcze: „jeśli to się wydarzy, będzie to nie do uniesienia”.

Brzmi znajomo?

  • „Jeśli źle to powiem, stracę relację.”
  • „Jeśli popełnię błąd, wszystko się posypie.”
  • „Jeśli teraz odpuszczę, już się nie podniosę.”
  • „To się skończy fatalnie.”
Katastrofizacja często udaje realizm. Mówi: „Ja tylko przewiduję ryzyko.” Tyle że przewidywanie ryzyka i katastrofizacja to nie to samo.

Katastrofizacja vs. rozsądne myślenie o ryzyku

Rozsądne myślenie o ryzyku:
  • opiera się na danych i doświadczeniu,
  • uwzględnia kilka scenariuszy,
  • kończy się planem działania.
Katastrofizacja:
  • opiera się głównie na napięciu i lęku,
  • widzi jeden scenariusz,
  • kończy się zamrożeniem, unikaniem albo nadkontrolą.

To ważne rozróżnienie, bo katastrofizacja nie jest „ostrożnością”. Jest reakcją układu nerwowego, który próbuje odzyskać poczucie bezpieczeństwa.

Skąd się bierze katastrofizacja?

Najczęściej z połączenia trzech rzeczy:
  • niepewności (brak kontroli nad wynikiem),
  • wysokiej stawki (to dla mnie ważne),
  • doświadczeń, w których kiedyś było trudno (umysł „pamięta”, że bywało boleśnie).
Wtedy mózg robi coś, co potrafi robić świetnie: szybkie przewidywania. Tylko że w trybie stresu przewidywania idą w kierunku: „lepiej przesadzić z alarmem, niż coś przegapić”.

Jaki jest koszt katastrofizacji?

Tu zwykle dzieje się najwięcej. Bo klient często mówi: „Wolę być przygotowany/a”, a nie widzi, że płaci za to konkretną cenę.
1) Podkręcone emocje i napięcie w ciele
Katastrofizacja uruchamia tryb zagrożenia: napięcie, pobudzenie, trudność w zasypianiu, gonitwę myśli, rozdrażnienie. Niekiedy pojawia się też impulsywność albo przeciwnie – zamrożenie.
2) Zawężone myślenie
W trybie alarmowym trudniej o dystans i elastyczność. Znika ciekawość, spada kreatywność, rośnie sztywność. To moment, w którym łatwo powiedzieć: „Nie widzę żadnego wyjścia”.
3) Dwie pułapki zachowania: unikanie albo nadkontrola
Katastrofizacja najczęściej pcha nas w jeden z dwóch trybów:
  • Unikanie: „Nie odezwę się. Nie podejmę decyzji. Przeczekam.”
  • Nadkontrola: „Muszę wszystko dopilnować, przewidzieć, zabezpieczyć.”
Oba tryby chwilowo dają ulgę. Długofalowo wzmacniają przekonanie: „To naprawdę było groźne”.
4) Samospełniająca się przepowiednia
To mechanizm, który robi największą różnicę. Jeśli działasz w napięciu, łatwiej:
  • odwlekać rozmowy i decyzje,
  • reagować zbyt ostro lub zbyt defensywnie,
  • „przyciskać” siebie i innych,
  • tworzyć atmosferę presji.

A wtedy rośnie prawdopodobieństwo trudnych konsekwencji. I umysł dostaje „dowód”: „Widzisz? Miałem rację.”

Jak katastrofizacja wygląda w pracy i w życiu prywatnym?

W zawodowym kontekście często brzmi jak:
  • „Jeśli nie dowiozę idealnie, stracę zaufanie.”
  • „Jeśli powiem, że nie dam rady, wyjdę na słabą/słabego.”
  • „Jeśli deleguję, będzie błąd i ja za to zapłacę.”
W prywatnym kontekście częściej słyszę:
  • „Jeśli postawię granicę, zostanę odrzucony/a.”
  • „Jeśli powiem, czego potrzebuję, wywołam konflikt.”
  • „Jeśli nie zareaguję natychmiast, coś się rozpadnie.”
W obu przypadkach sedno jest podobne: umysł próbuje chronić relację, status, bezpieczeństwo – tylko robi to narzędziem, które podnosi koszty życia.
 

  Co pomaga w pracy nad katastrofizacją?

W mentoringu i superwizji nie chodzi o to, żeby „myśleć pozytywnie”. Chodzi o to, żeby myśleć realistycznie i użytecznie. Poniżej 5 kroków, które często przynoszą ulgę już na poziomie pierwszego zastosowania:
1) Nazwij narrację katastroficzną
Jedno zdanie, bez oceniania: „Mój umysł mówi: to się skończy źle.” Samo nazwanie oddziela Ciebie od myśli.
2) Zrób trzy scenariusze zamiast jednego
  • najgorszy możliwy,
  • najbardziej prawdopodobny,
  • najlepszy realistyczny.
To przełącza mózg z tunelu na szerszy kadr.
3) Oceń prawdopodobieństwo (0–100%)
Nie „jak czuję”, tylko: jakie mam dane? Jak by to oceniła osoba z boku?
4) Zbuduj plan B (i ewentualnie C)
Paradoksalnie plan awaryjny nie „nakręca”. On uspokaja. Bo przywraca poczucie wpływu:

„Jeśli będzie trudniej, mam kroki.”

5) Zrób mikro-test w realu
Najmocniejsze antidotum na katastrofizację to dane z życia. To może być jedna rozmowa, jedna wiadomość, jeden mały krok, który sprawdza hipotezę zamiast ją mielić w głowie.
Na koniec, pamiętaj, że to nie wada charakteru. Katastrofizacja nie mówi o tym, że „coś z Tobą nie tak”. Często mówi o tym, że:
  • to dla Ciebie ważne,
  • w tle jest napięcie,
  • Twój system ochrony działa intensywnie.
W pracy mentoringowej uczymy się, jak przejść od „alarmu” do realistycznej oceny + planu + działania, które odzyskuje wpływ.
Jeśli łapiesz się na katastrofizacji regularnie, warto zatrzymać się przy pytaniu: „Czy ja teraz naprawdę analizuję ryzyko – czy próbuję uspokoić lęk kontrolą?”

To jedno pytanie potrafi otworzyć zupełnie inną rozmowę – z sobą i z drugim człowiekiem.

 

Leave a comment